Sonntag, 3. Januar 2016

Zdobycz



Okładka z netu (lenistwo nie pozwoliło sfotografować własnej)
Dawno już nie czytało mi się tak lekko i z taką przyjemnością. Zola potrafi malować słowami i uwodzić opisem. Paryż w jego wydaniu jest niczym rajski ogród, pełen przepychu i bogactwa, nawet, jeśli to tylko powierzchowna fasada, która szpetotę i zgniliznę moralną jego mieszkańców ukrywa w urzekająco pięknym otoczeniu. 
W drugiej części cyklu Rougon-Macqartowie autor rozprawia się z złodziejstwem i spekulacjami drugiego cesarstwa czyniąc bohaterem swej powieści Arystydesa Rougnon i członków jego rodziny (?) Tyle, że rodzina to pojęcie niezbyt pasujące do tworu, jaki powstał z połączenia nienasyconego chęcią zdobywania milionów parweniusza, bez skrupułów ze znudzoną życiem w luksusie Renatą oraz narcystycznym hermafrodytą Maksymilianem, żyjącym chwilą, bezwolnym synem Arystydesa i pasierbem, jego żony. 
Arystydesa, który pod naciskiem brata (ministra) zmienia nazwisko na przypominające suchy brzęk złota Sacchard „dobre, aby dostać się na galery lub zrobić miliony” zajmuje wyłącznie pomnażanie majątku. Jest w swej żądzy nieugięty, nie ma podłości, jakiej by się nie podjął dla pozyskania „paru franków”; ograbienie wspólnika czy żony, wyswatanie syna z kaleką, wyłudzenie z państwowej kasy milionów za ruinę niewarta nawet małej części jej wartości to dla niego codzienność. 
Jego młoda i śliczna żona, kapitał zakładowy, który zyskał, dzięki „szczęśliwemu zbiegowi okoliczności” (śmierć pierwszej żony i „kompromitacja” drugiej) znudzona wszystkimi rozkoszami, jakich zdążyła zaznać (bogactwo, powodzenie, romanse) szuka czegoś, co zapełniłoby jej pustkę. 
Już od pierwszej sceny, w której macocha zwierza się pasierbowi, że swoich pragnień otrzymania czegoś nieokreślonego widać, jaka będzie puenta ich wzajemnych relacji. 
Maksym „osobliwa mieszanina nienasyconych apetytów ojca i indolencji matki, zrobaczywiały owoc, w którym wady obojga uzupełniły się i pogłębiły”, wyrasta wśród przyjaciółek macochy, kobiecych łaszków, często w niewieścim przebraniu, traktowany, jak zabawka, laleczka, zniewieściały i bezwolny. Poddaje się równie łatwo miłosnym uściskom Renaty, jak i matrymonialnym planom ojca. 
Galerię typów spod ciemnej gwiazdy uzupełnia rajfurka Sydonia, siostra Arystydesta osoba o nieciekawej powierzchowności i nędznego charakteru. 
Zgodnie z założeniem autora cyklu Zdobycz to analiza złodziejskich spekulacji i oszustw II Cesarstwa, jakich dopuszczają się urzędnicy miejscy, którzy w planie rozbudowy Paryża dojrzeli możliwość zbicia milionowej fortuny, skupując grunta przeznaczone w planach do wywłaszczenia, podbijając ich cenę i otrzymując krociowe odszkodowania. Opis całego procederu jest tyleż fascynujący, co nużący dla czytelnika, dla którego kwestia pomnażania kapitału jest całkiem obca. Jednakże bez opisu procederu, jakiemu oddawał się Arystydes i jemu podobni nie byłaby Zdobycz tak wiarygodnym obrazem epoki. 
Z jednej strony jest złodziejska spekulacja i rodzenie się krociowych majątków, coś co w pewien sposób, mimo wstrętu budzi podziw dla talentów spekulanta, a z drugiej pustka, marnotrawienie czasu i pieniędzy na jałowe rozrywki (bale, operetki, przejażdżki, wizyty u krawców) oraz opis rozpasanego życia znudzonych przedstawicieli biznesu i ich „rodzin”. 
Zola piętnuje klasztorne wychowanie, w wyniku którego panna z dobrego, mieszczańskiego domu „wynosi duszę zbrukaną, serce odarte z dziewictwa” i ciekawość zakazanego owocu, piętnuje zniewieściałych młodzieńców marnotrawiących rodzinne fortuny, piętnuje moralność kobiet, którym splendoru dodaje częsta zmiana kochanków i piętnuje małość ludzi, którzy stanowią elitę społeczeństwa z racji posiadanego kapitału. 
Powieść na przykładzie „rodziny” Arystydesa ukazuje obraz stosunków społecznych z czasów przebudowy Paryża za barona Hausmana, to one są tutaj najistotniejsze, dlatego też trudno byłoby doszukać się psychologii jednostkowego bohatera. Zarówno Arystydes, jak i Maksym, Renata, czy Sydonia są jedynie typem bohatera, a nie bohaterem samym w sobie. 
Obraz był tak niepokojąco prawdziwy, iż autor został wezwany przez prokuratora i nakłoniony do zaprzestania druku. W liście do przyjaciela napisał: …Nuta złota i zmysłów, szmer milionów i potężniejący wrzask orgii brzmiały tak silnie, że postanowiłem napisać Zdobycz. … Nie można oskarżyć mnie o przejaskrawienie barw. Odwrotnie, nie ośmieliłem się nawet napisać wszystkiego. Zarzucana mi zuchwałość w mówieniu o sprawach drastycznych cofała się niejednokrotnie przed dokumentami, które posiadam”. (Emil Zola Halina Suwała str. 132).
Zdobycz obfituje w bogate, pełne detali opisy. Są one niezwykle kunsztowne, niemal malarskie, wręcz baśniowe. I jest to zarówno zaletą powieści, jak i może być jej wadą. Nie każdego czytelnika zachwyci (mnie zachwyciła) powieść zbudowana z fotograficznych klisz/ obrazów miejsc, toalet, ogrodów, pejzaży. I nawet mimo woli dałam się uwieść cudownym opisom.
W rozedrganym mroku, za rzeźbionymi oparciami krzeseł boazerie, duży niski kredens, rozpostarte tu i tam płaty aksamitu majaczyły zaledwie. Mimo woli wzrok powracał ku stołowi, nasycał się jego przepychem. Środek zajmowało piękne surtout [ozdobny talerz] z matowego srebra o połyskującej cylezurze; przedstawiało ono grupę faunów porywających nimf; ponad nią, z szerokiego rogu opadały kiście naturalnych kwiatów olbrzymiego bukietu. Ustawione po dwóch krańcach wazy również pełne były kwiatów. Dwa kandelabry, związane z grupą środkową – dwóch satyrów w biegu, unoszących na jednej ręce zemdloną kobietę, a drugą podtrzymujących dziesięcioramienny świecznik- migotem świec pomnażały jeszcze blask żyrandola. Pomiędzy tymi ozdobami stały symetrycznie mniejsze i większe grzejniki z pierwszym daniem, a obok nich muszle z przystawkami, porcelanowe kosze, kryształowe czary, płaskie talerze, kompotiery na podstawkach, zawierające część deseru już podaną na stół. Wzdłuż kordonu talerzy armia kieliszków, karafek z wodą i z winem, małych solniczek - cała ta kryształowa zastawa była delikatna i lekka jak muślin, bez jednego rżnięcia, i tak przezroczysta, że nie rzucała ani odrobiny cienia. Surtout i większe nakrycia przypominały fontanny ognia; połyskliwymi ściankami grzejników przebiegały błyski; widelce, łyżki, noże o rękojeściach z perłowej masy tworzyły płomienne smugi; kieliszki rozpinały tęczowe łuki, a pośród tej ulewy iskier, tej masy rozpalonej do białości, karafki z winem znaczyły obrus plamami czerwieni. (Str. 28 Zdobycz Emil Zola Wydawnictwo Opolpress)
Natomiast poniższy zmysłowy opis oranżerii musiał rozpalać wyobraźnię czytelniczek na równi z opisem miłosnych uścisków kochanków. 
Spryskane czerwienią liście begonii i podobne do lanc białe liście popłanów stanowiły dalszy ciąg niezrozumiałych dla Renaty i Maksyma okaleczeń- tu i ówdzie dostrzegali jakby krągłe biodro lub kolano tarzające się po ziemi w brutalnej pieszczocie. Drzewa bananowe uginające się pod kiściami owoców mówiły im o hojnej płodności ziemi, a wilczomlecze, których pokraczne, kolczaste świece, pełne wstydliwych gruzłów majaczyły w mroku, zdawały się ociekać sokiem, występującą z brzegów ognistą strugą życia. W miarę jak spojrzenia ich zagłębiały się w zakamarki cieplarni, ciemność wypełniała się coraz zajadlejszą rozpustą liści i łodyg; nie rozróżniali już aksamitowców, łagodnych w dotyku, gloksynii o fioletowych dzwonkach, dracen podobnych do płytek lśniącej laki – był to jeden żywy krąg roślin złaknionych siebie i nienasyconych. Zasłonięte firankami lian altany rozpłomieniały zmysłowe marzenia Renaty i maksyma, zwinne pędy waniliowców, jadowic, kwiskwalisów, nadwoi stanowiły nie kończące się ramiona ukrytych kochanków, w łapczywym uścisku zgarniających wszelką rozkosz.  (Str.205 Zdobycz Emil Zola)


Samstag, 5. Dezember 2015

"Les Coquillages de M. Chabre"


Tę nowelę Zoli czytałam już dawno, w wersji papierowej. Jakiś czas temu zaopatrzyłam się w e-booka, by przypomnieć ją sobie w ramach wyzwania Czytamy Zolę. Zlitował się nad tą nowelką Zacofany w Lekturze i wybrał mi ją w stosikowym losowaniu. I bardzo się cieszę, bo mimo że dobrze pamiętałam jej treść, z przyjemnością przeczytałam ją ponownie. Zdążyłam już (niestety) zapomnieć jak wspaniałe jest pióro Zoli.

Monsieur Chabre mógłby wieść życie spełnionego czterdziestolatka - dorobił się niezłej fortunki, a niedawno poślubił młodziutką i prześliczną Stellę. Niestety nie może doczekać się potomka. Wszystkie sposoby zawodzą, a Stella wyraźnie daje do zroumienia, że wina musi leżeć po jego stronie. Ta tryskająca zdrowiem i urodą, nie stroniąca od sportu i aktywności młoda kobieta nie może być przecież bezpłodna. Lekarz pana Chabre radzi spożywanie owoców morza. Pacjent bierze sobie tę radę do serca i wyjeżdża z żoną nad morze, by żywić się mimo swojej odrazy różnorakimi muszlami, krewetkami i innymi morskimi żyjątkami. Stella rozkoszuje się morskim powietrzem, krajobrazami i kąpielami w morzu, pan Chabre natomiast tego wszystkiego nie znosi. W pełnym rynsztunku i z ponurą miną chadza jednak z żoną na plażę i obserwuje jej poczynania w wodzie. Para poznaje miejscowego rektora, Hectora Larivière, przystojnego młodego mężczyznę, który od razu zyskuje sobie sympatię pana Chabre. Także Stella z przyjemnością spędza z nim czas, jej sympatia jednak jest nieco innego rodzaju, a przede wszystkim zostaje odwzajemniona. Zola określa Hectora jako młodego, niedoświadczonego i wciąż niewinnego człowieka. Mimo to jest on zdolny do wyrafinowanej gry niedomówień, w którą wciąga Stellę i która zaprowadzi oboje do odciętej przypływem jaskini. Dobroduszny pan Chabre niczego nie zauważa, cieszy się wręcz, że jego skłonna do przygód żona ma towarzysza, a on sam nie musi brodzić w wodzie i deptać po tym ohdynym, mokrym piachu.
Kilkudniowy urlop nad morzem zostaje zwieńczony sukcesem, a pan Chabre nie posiada się z wdzięczności wobec swojego lekarza.

Soczysta proza, przepiękne opisy, delikatna ironia - niezmiernie ucieszyła mnie ta lektura!

Freitag, 17. April 2015

"Emil Zola" Halina Suwała



Halina Suwała stworzyła obszerną książkę o Zoli, biografię nietypową, bo o jego życiu nie dowiemy się wiele. Autorka szczegółowo opisuje za to jego twórczość, poglądy oraz ich ewolucję. 
Suwała przedstawia Zolę jako pisarza, dziennikarza, eseistę, osobę, która śmiało wyraża swoje poglądy i ciągle dąży do rozwoju. Poczynając od szkolnych lat Zola Suwały to człowiek dążący do kariery pisarskiej. Autorka analizuje jego najwcześniejsze próby pisarskie oraz kontakty z innymi artystami - nie tylko pisarzami ale głównie z malarzami, m.in. wieloletnią przyjaźń z Paulem Cézanne.

Największa część biografii poświęcona jest analizie cyklu o Rougon-Macquartach, autorka opisuje genezę pomysłu na ten cykl, krystalizowanie się idei, które autor zamierzał w nim przekazać, oraz ogrom zamysłu pisarza. Praktycznie od samego początku Zola planował cykl na kilkanaście tomów, szczegółowo rozpracował tematykę oraz przeprowadzał studia na temat jego teorii dziedziczenia. Wraz z powstawaniem kolejnych dzieł, Zola udoskonalał swój zamysł, nieco zmieniał genealogię rodu oraz parafrazował aktualne wydarzenia polityczne. Zachwycający jest ogrom pracy jak wkładał w przygotowanie swoich powieści - by dobrze poznać tło oraz opisywane środowisko społecznie odbywał podróże i rozmowy, sporządzał plan, a potem w zabójczym tempie pisał.

Także publicystyczna działalność Zoli ukoronowana słynną obroną Dreyfusa zajmuje sporą część książki Suwały. Z ciekawością poznałam kulisy tej sprawy, która, pamiętam, interesowała mnie jeszcze w szkole podstawowej, podczas lektury Podlotków. Nie jestem pewna, czy to właśnie nie ta książka zwróciła moją uwagę na Zolę.

W trakcie lektury zreflektowałam się jak mało wiedziałam o Zoli-publicyście i Zoli-człowieku. Ten ostatni ciągle wątpił, żył w stałej huśtawce nastrojów, wahał się między zadowoleniem, a niechęcią do swoich utworów. To jednak przede wszystkim człowiek, który całe swoje życie poświęcił tytanicznej pracy pisarskiej, zapominając o szczęściu osobistym. Dopiero w dojrzałym wieku odkrył miłość oraz ojcostwo.

Ciekawa książka, do której z pewnością jeszcze wiele razy będę sięgać, szczególnie podczas lektury kolejnych powieści Zoli.

Sonntag, 25. Januar 2015

Doktor Pascal


"Doktor Pascal" należy do moich ulubionych części cyklu "Rougon-Macquartowie". Główni bohaterowie - stary doktor Pascal i młodziutka, nieśmiała Klotylda - to najmilsi członkowie rodu. Są naiwni, ale pełni godności, zdolni do wyrzeczeń i mają dobre serca. Chodzą na przykład piechotą, by nie męczyć swojego schorowanego konia. Doktor leczy za darmo, ponadto pracuje nad różnymi specyfikami mającymi przywracać zdrowie. Do rozpaczy doprowadza go świadomość, że wobec wielu chorób medycyna jest bezsilna i że ludzie muszą bardzo cierpieć, zanim umrą.

Zola utkał bardzo ciekawą fabułę i poruszył kontrowersyjny temat miłości kazirodczej, przy tym miłość ta została pokazana jako piękna i wzbogacająca życie zakochanych. Dokładnie opisał też przypadek samozapłonu - zjawiska, którego do dziś naukowcy nie wyjaśnili i nie odtworzyli w warunkach laboratoryjnych. Jeden z bohaterów książki spalił się w tak dziwny sposób, że nie została z niego ani jedna kosteczka, ani jeden ząb, natomiast meble w pokoju nie uległy zniszczeniu. Świadek zdarzenia widział na ciele ofiary błękitny płomyk i wytapiający się tłuszcz. 

Powieść pełna jest entuzjazmu dla wiedzy, dla badań naukowych. Zola wspaniale sportretował człowieka nauki, który wszystkie siły i środki finansowe poświęca pracy i najbardziej boi się tego, by dzieła jego umysłu nie uległy zniszczeniu. Przy tym ten naukowiec ma w sobie wiele egoizmu. Kiedy zaczął interesować się dziedzicznością, doszedł do wniosku, że najlepszymi obiektami badań będą jego krewni, wśród których nie brak alkoholików, degeneratów, kalek, itp. Zaczął zbierać informacje o każdej osobie z rodu i nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, czy krewni chcą być w ten sposób badani, czy też nie. Dalszy ciąg recenzji na moim blogu.

Sonntag, 6. Juli 2014

"Kartka miłości"

"Kartka miłości", ósma część cyklu Rougon-Macquartowie, to dosyć nietypowa książka w dorobku Emila Zoli. Nie ma w niej naturalistycznych opisów nędzy i brudu, autor nie poruszył spraw społecznych, poza tym bardzo wiele miejsca poświęcił opisom uczuć dziecka. Jedenastoletnia Joasia jest - obok swojej matki Heleny - najważniejszą postacią powieści. 

Po śmierci męża pani Helena Grandjean wraz z córeczką przyjechała do Paryża. Żyła jak pustelnica, nie widując nikogo oprócz księdza i jego poczciwego brata, pana Rimbaud, dopóki nie poznała doktora Deberle. Wówczas owładnęła nią namiętność i wbrew sobie zaczęła bywać w domu doktora, spotykać się z jego żoną Juliettą i uczestniczyć w hałaśliwych spotkaniach towarzyskich. Kiedy Joasia zaczynała chorować - a chorowała bardzo często - Helena znowu stawała się oddaną matką i przesiadywała przy łóżeczku dziecka. 

Joasia to dziwna dziewczynka. Przewrażliwiona, przesadnie zazdrosna, nerwowa. Widać, że brakuje jej towarzystwa rówieśników. Czas spędza albo przy matce, albo bawiąc się sama ze sobą. Podczas zabaw mówi sama do siebie, tańczy - i nie skarży się na nudę. Kiedy wpadnie w gniew, dostaje gorączki i ataków nerwowych. Matka pozwala Joasi na kaprysy, na okazywanie gościom nieuprzejmości, na wtrącanie się w życie dorosłych. Nigdy jej nie karci, bo ma świadomość, że córka najprawdopodobniej wkrótce umrze.

Obok głównych bohaterów w powieści pojawia się szereg świetnie zarysowanych postaci drugoplanowych, takich jak zblazowana żona doktora, zakochana służąca, natrętna żebraczka, poczciwy pan Rimbaud. Ciekawą postacią jest ksiądz. Namawia on Helenę, by przyjęła oświadczyny jego brata, pana Rimbaud, choć wie o jej namiętnej miłości do doktora. O dewotkach mówi tak: "Te kobiety, które zdają się tak żarliwie szukać Boga, to tylko biedne, dręczone namiętnością istoty. To tylko mężczyznę uwielbiają one w naszych kościołach"*. 

Akcja rozgrywa się w latach 1854-1855. W książce znajduje się kilka opisów Paryża i pięknego ogrodu państwa Deberle. Większość scen toczy się albo w tym ogrodzie, albo w pokoju chorej Joasi. Jest też długie sprawozdanie z dziecięcego balu. Zola zaskoczył mnie informacją, że w tamtych czasach matka nie mogła odprowadzić na cmentarz trumny z ciałem własnego dziecka. Jeśli upierała się, że pójdzie na pogrzeb, krytykowano jej zachowanie.

Powieść bardzo przypadła mi do gustu. Zola w ciekawy i przekonujący sposób ukazał rozdarcie bohaterki pomiędzy miłością do dziecka a pragnieniem spotykania się z kochankiem. Namiętna miłość, jaka spada na Helenę, jest gwałtowna i niespodziewana jak wiosenna burza. Pod jej wpływem ta spokojna dotychczas kobieta zachowuje się tak, jakby straciła rozsądek. Jednak najbardziej wzruszające są te sceny, które przedstawiają Helenę czuwającą przy chorym dziecku.

Samstag, 1. März 2014

Opowiadania niesamowite

Na zbiór Opowiadań niesamowitych składa się pięć nowelek Zgon Oliviera Becaille, Atak na młyn, Radykał, Feta, Nantas. O ostatniej z nich pisałam tutaj
Tym, co łączy wszystkie nowelki jest dość zaskakujące zakończenie. Z perspektywy upływu czasu od lektury (jakieś pół roku) muszę przyznać, iż testu trwałości nie przeszły Radykał i Feta. Radykała nie pamiętam wcale, Fetę dość mętnie. 
Zapamiętałam natomiast i chyba na długo Zgon Oliviera Becaille, a to z powodu nietypowego sposobu prowadzenia narracji oraz osoby lektora. Zaskakującym jest to, iż dość długo nie można połapać się w stanie żywotności narratora; żyje, czy też nie, jest w stanie snu, letargu czy katatonii. 
Zakochany do szaleństwa w młodej żonie Olivier zachorował i dość nagle znalazł się w stanie krytycznym. Wezwany do pacjenta lekarz bez badania stwierdził zgon, wścibska sąsiadka udając troskliwość planuje wyswatanie młodej wdowy, zaś Olivier obserwujący zdarzenie z perspektywy łóżka tudzież drewnianej skrzyneczki przejawia całą gamę doznań; miłości do żony i obaw o jej niezabezpieczoną przyszłość, strachu, niedowierzania, żalu, gniewu na własną bezsilność i głupotę innych. Dominujący temat strachu Oliviera przed śmiercią i pochowania żywcem nadają nowelce charakter makabreski. Zakończenie jest dość zaskakujące i trochę rozczarowujące. Olivier dostaje drugą szansę, której wydaje się nie potrafi wykorzystać, trudno też powiedzieć, czy dzięki nietypowemu doświadczeniu coś zyskał. Dobry pomysł, ale chyba nie do końca wykorzystany przez autora. Lektorem nowelki jest pan Artur Barciś, który wywiązał się ze swego zadania znakomicie, imitując obawy i rozterki Oliviera w sposób niezwykle przekonywujący, sprawiając, iż dreszczyk grozy przenika czytającego na wskroś. 
Z pięciu krótkich form moim zdaniem najlepszą nowelą jest Atak na młyn. Niczym w antycznej tragedii stawia pisarz swoich bohaterów przed wyborami, z których żaden nie jest dobrym. Córka zamożnego młynarza wpada w oko młodemu imigrantowi z Belgii. Przystojny lekkoduch, nie zyskuje początkowo sympatii przyszłego teścia. Z czasem, kiedy udaje mu się zyskać jego przychylność na przeszkodzie zakochanym staje historia (wojna francusko-pruska). Wioska, w której odbywają cię zaślubiny zostaje zaatakowana przez nieprzyjaciela, a dziewczyna poddana najcięższej próbie; może uratować jedno życie; ojca lub narzeczonego. Kiedy ta nie potrafi podjąć decyzji i kiedy wszystko wydaje się być przesądzone los tasuje karty. I tak kilkakrotnie. Odbieranie nadziei na szczęśliwe zakończenie miesza się nieustannie z wiarą w happy end. Zola zdaje się mówić, iż nieznane są wyroki opatrzności (losu), a człowiek jest jedynie marionetką w rękach siły wyższej. 
Niestety, podobnie, jak w przypadku Nantasa lektorką jest pani Joanna Lissner, której egzaltowany i przejaskrawiony sposób narracji sprawia, iż słuchanie staje się dość męczące i irytujące. 
Z powstaniem Ataku na młyn, jednej z sześciu nowel (obok Baryłeczki Maupassanta, Z tornistrem na plecach Huysmansa, Upustem krwi Cearda, Burdelem pod Siódemką Hennique oraz Na pobojowisku Alexisa) składających się na zbiór Wieczory medańskie łączy się wymyślona przez Maupassanta legenda. 
Zbieraliśmy się latem u Zoli w jego posiadłości, w Medanie (..). Pewnej nocy, gdy księżyc był w pełni (...) zaczęliśmy przypominać wszystkich sławnych gawędziarzy (...) Sceptyk Ceard wymamrotał, spoglądając na księżyc: Oto piękne romantyczne tło, należałoby je wykorzystać... Opowiadając sentymentalne historyjki, dorzucił Huysmans. Lecz Zola uznał, że to dobra myśl, będziemy sobie opowiadać historie. Ubawił nas ten pomysł i ustaliliśmy, żeby rzecz utrudnić, że tło obrane przez pierwszego obowiązywać będzie pozostałych (...) Usiedliśmy i wśród głębokiego spokoju uśpionych pól, w jasnym blasku księżyca Zola opowiedział nam straszną kartę z historii katastrof wojennych, zatytułowaną Atak na młyn (..) *
Ta piękna legenda, jak pisze pani Halina Suwała w biografii autora ma niewiele wspólnego z prawdą. Pisarze podczas spotkań w Medanie i Paryżu postanowili wydać wspólnie tom nowel, który miał być manifestem "szkoły naturalistycznej". 
Osobiście wolałabym, aby legenda okazała się prawdziwą, bowiem opowiadania stworzone ad hoc, w romantycznej aurze, dla wspólnej zabawy odczytywałabym inaczej. Za najlepszą nowelę ze zbioru Wieczory medańskie uznano Baryłeczkę. 
Po przeczytaniu paru powieści Zoli stwierdzam, iż są zdecydowanie lepsze, ciekawsze i głębsze od jego nowel. 

* str. 221 Emil Zola autorstwa Haliny Suwały Wiedza Powszechna rok wydania 1968

Donnerstag, 23. Januar 2014

Kuchenne schody



„To wszystko świnie”

Dwudziestodwuletni Oktaw Mouret przybywa do Paryża z niewielkim kapitalikiem w kieszeni i z głową pełną wielkich planów. Zamierza podbić Paryż, a narzędziem do tego celu mają się stać kobiety. Wierzy, że je rozumie, zamierza roztaczać swój czar, a potem wykorzystywać kobiety, by osiągnąć sukces w handlu, który go pasjonuje

Na początku jednak niewiele wskazuje na to, by Oktawowi mogło się udać. Zamieszkuje w solidnej, mieszczańskiej kamienicy przy ulicy Neuve-Saint-Augustin, która każdym detalem świadczy o bogobojności i prawym życiu jej lokatorów:
Panował tu martwy spokój mieszczańskich salonów, gdzie nie dociera nawet najsłabszy podmuch zła. Rzekłbyś, że niezgłębionej cnoty strzegą te mahoniowe drzwi, piękne i błyszczące.
W miarę upływu dni Mouret zaczyna poznawać prawdziwą naturę tego małego światka: państwa z salonów i służby z kuchni. Nawiązuje romans z niepozorną panią Pichon, zaczyna bywać na przyjęciach, zawiera znajomość z kilkoma bywalcami i – rzecz jasna – bacznie wszystko obserwuje i słucha plotek. Stateczność i zamożność lokatorów okazują się równie fałszywe jak marmury na klatce schodowej. Wszędzie panuje ta sama atmosfera, a panie z towarzystwa prowadzą się tak samo jak ich służące. I czasem nawet nie są dużo czystsze od swoich pokojówek.

Paryska kamienica z połowy XIX wieku.
Próby nawiązania kolejnych romansów przez Moureta przeplatają się z losami rodziny Josserandów. Mimo swego ubóstwa starają się oni podtrzymywać pozory zamożności, byle tylko wydać za mąż dwie córki. Oszczędza się na jedzeniu, byle móc wydawać wtorkowe przyjęcia, suknie nicuje się przed każdym sezonem balowym, a halek nie pierze – w końcu nikt ich nie ogląda. Przytłoczony wymaganiami swej małżonki pan domu, któremu nie starcza na fanaberie, po nocach wypisuje za grosze opaski adresowe. Złapanie męża przez młodszą pannę Josserand niewiele zmienia w sytuacji rodziny. W matrymonialnych gierkach oszukują bowiem obie strony, a przykre rozczarowanie następuje po ślubie.

„Kuchenne schody” to frontalny atak na mieszczańską moralność, pełną obłudy i zakłamania, na podtrzymywanie pozorów, dbałość wyłącznie o to, by domowe brudy nie ujrzały światła dziennego. „To wszystko świnie”, ocenia swych chlebodawców jedna ze służących. Nawet ksiądz Mauduit nie różni się od swych owieczek: zawsze gładkimi pouczeniami potrafi załagodzić każdy skandal. Tylko służące wykrzykują przez kuchenne okna pełnym głosem to, o czym wszyscy wiedzą: kto z kim sypia, kto ma długi, kochankę, wstydliwą chorobę. Same zręcznie wykorzystują domową sytuację, podkradają jedzenie, przyjmują kochanków w służbowych pokoikach, demoralizują niedoświadczone dziewczyny – nie ma dla nich nic świętego. Doktor Juillerat, który doskonale zna sprawki swych pacjentów, wystawia brutalną diagnozę:
[...] kobiety: jedne to lalki błądź głupie, bądź zdeprawowane przez złe wychowanie, drugie, na skutek dziedzicznej neurozy mają zwyrodniałe skłonności i uczucia. Wszystkie puszczają się w bezsensowny, upodlający sposób, wbrew woli i bez żadnej przyjemności. Zresztą, nie okazał więcej pobłażania dla mężczyzn, tych – pod maską elegancji – drani i utracjuszów. Z pasją jakobina ogłaszał alarm dla całej mieszczańskiej klasy, rozpad i ruinę gmachu, którego zgniłe rusztowanie trzeszczy.
Dla Zoli wszyscy są równi w swej niemoralności: łajdaczą się mężczyźni i kobiety; jedni bardziej dbają o pozory, inni mniej. Część żon przymyka oczy na kochanki mężów, byle oddalić od siebie pańszczyznę małżeńskich obowiązków; inne – wobec niedołęstwa małżonków – same szukają gachów. Jednym uczciwym lokatorem w kamienicy wydaje się być stolarz, wyrzucony z mieszkania za... niemoralność, nikt bowiem nie uwierzył, że odwiedzająca go w pokoju kobieta jest jego żoną. On to podsumowuje najdobitniej atmosferę kamienicy – i szerzej – całego mieszczaństwa:
Mam po dziurki w nosie tej parszywej kamienicy! Ładne rzeczy się tu dzieją! Co za brudy! Człek nie może mieć żony u siebie, ale wyelegantowanym dziwkom na każdym piętrze wolno po kryjomu prowadzić się jak suki. Banda skurczybyków! Banda burżujów!
Oktaw Mouret z kochanką.
Sporą winę za te wszystkie zwyrodnienia zdaje się Zola przypisywać instytucji małżeństwa w ówczesnej formie, wobec której nie ma żadnych złudzeń: to cyniczny związek oparty na oszustwie, bez którego panna nie znajdzie męża, pozbawiony ciepła i zaufania. Nic zresztą dziwnego: „Ludzie nie pobierają się nigdy wedle swych upodobań... Urządzić się potem możliwie najlepiej to jeszcze najmądrzejsze”, stwierdza jednak z opisanych mężatek. O to możliwie najlepsze urządzenie dbają matki, takie jak pani Josserand, rozgrywająca matrymonialne kampanie niczym Napoleon i trzymająca swoje wojsko silną ręką niczym sierżant.

„Kuchenne schody”, jak przypuszczam, musiały wywołać skandal: nie tylko bezkompromisowym podważaniem mieszczańskiej moralności, ale i nader przejrzystymi aluzjami seksualnymi, dokładnym opisem porodu, wzmianką o dzieciobójstwie, szczegółowym przedstawieniem sposobów „łapania męża” (chociaż pewnie wszyscy je doskonale znali), soczystym językiem. Bohaterowie reprezentują raczej pewne typy potrzebne Zoli do scharakteryzowania środowiska: Oktaw – młody, ambitny, dążący do celu; Maria Pichon – bezwolna, nieciekawa kobietka; pan Josserand – zahukany pantoflarz; pani Josserand – megiera; ich córka Berta – zepsuta panna; wuj Bachelard – stary rozpustnik i pijak; ksiądz Mauduit – obłudnik; lekarz Juillerat – radykał i bezbożnik; cała gama dam: dewotka, histeryczka, chora, energiczna kupcowa; do tego służące brudne i zdemoralizowane i tak dalej. Mimo to nie ma się wrażenia papierowości postaci, każda jest odrębna, każda ma do odegrania jakąś rolę, a Zola dba o to, by nie popaść w sztampę i funduje czytelnikom sporo zwrotów akcji. Oszczędnie dawkowane są opisy, daleko tu jeszcze do orgii detali cechującej „Wszystko dla pań”; dowiadujemy się jednak dość o wnętrzach, toaletach, posiłkach, sklepach, salonach i służbówkach.

Na przykładzie kamienicy przy Neuve-Saint-Augustin pokazana jest cała sfera mieszczańska, wszędzie bowiem jest tak samo i bez względu na to, jakie burze przetoczą się przez salony i kuchnie, nic się nie zmieni. Trzeszczący gmach mieszczaństwa miał się bowiem jeszcze przez jakiś czas opierać wichrom.



Emil Zola, Kuchenne schody, tłum. Nina Gubrynowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1959 [Rougon-Macquartowie, tom 10].