W swoim buduarze Izabela Łęcka miała „Kartkę miłości” Emila Zoli, którą podczytywała w przerwach między rozmyślaniami o konieczności sprzedaży serwisu i kamienicy a marzeniami o nowej toalecie na wielkanocną kwestę. Pomyślicie: co? Zola, ten skandalista grzebiący się w społecznych brudach, na stoliku panny na wydaniu? Dziwny pomysł miał ten Prus.
Posts mit dem Label Kartka miłości werden angezeigt. Alle Posts anzeigen
Posts mit dem Label Kartka miłości werden angezeigt. Alle Posts anzeigen
Freitag, 26. Januar 2018
Sonntag, 6. Juli 2014
"Kartka miłości"
"Kartka miłości", ósma część cyklu Rougon-Macquartowie, to dosyć nietypowa książka w dorobku Emila Zoli. Nie ma w niej naturalistycznych opisów nędzy i brudu, autor nie poruszył spraw społecznych, poza tym bardzo wiele miejsca poświęcił opisom uczuć dziecka. Jedenastoletnia Joasia jest - obok swojej matki Heleny - najważniejszą postacią powieści.
Po śmierci męża pani Helena Grandjean wraz z córeczką przyjechała do Paryża. Żyła jak pustelnica, nie widując nikogo oprócz księdza i jego poczciwego brata, pana Rimbaud, dopóki nie poznała doktora Deberle. Wówczas owładnęła nią namiętność i wbrew sobie zaczęła bywać w domu doktora, spotykać się z jego żoną Juliettą i uczestniczyć w hałaśliwych spotkaniach towarzyskich. Kiedy Joasia zaczynała chorować - a chorowała bardzo często - Helena znowu stawała się oddaną matką i przesiadywała przy łóżeczku dziecka.
Joasia to dziwna dziewczynka. Przewrażliwiona, przesadnie zazdrosna, nerwowa. Widać, że brakuje jej towarzystwa rówieśników. Czas spędza albo przy matce, albo bawiąc się sama ze sobą. Podczas zabaw mówi sama do siebie, tańczy - i nie skarży się na nudę. Kiedy wpadnie w gniew, dostaje gorączki i ataków nerwowych. Matka pozwala Joasi na kaprysy, na okazywanie gościom nieuprzejmości, na wtrącanie się w życie dorosłych. Nigdy jej nie karci, bo ma świadomość, że córka najprawdopodobniej wkrótce umrze.
Obok głównych bohaterów w powieści pojawia się szereg świetnie zarysowanych postaci drugoplanowych, takich jak zblazowana żona doktora, zakochana służąca, natrętna żebraczka, poczciwy pan Rimbaud. Ciekawą postacią jest ksiądz. Namawia on Helenę, by przyjęła oświadczyny jego brata, pana Rimbaud, choć wie o jej namiętnej miłości do doktora. O dewotkach mówi tak: "Te kobiety, które zdają się tak żarliwie szukać Boga, to tylko biedne, dręczone namiętnością istoty. To tylko mężczyznę uwielbiają one w naszych kościołach"*.
Akcja rozgrywa się w latach 1854-1855. W książce znajduje się kilka opisów Paryża i pięknego ogrodu państwa Deberle. Większość scen toczy się albo w tym ogrodzie, albo w pokoju chorej Joasi. Jest też długie sprawozdanie z dziecięcego balu. Zola zaskoczył mnie informacją, że w tamtych czasach matka nie mogła odprowadzić na cmentarz trumny z ciałem własnego dziecka. Jeśli upierała się, że pójdzie na pogrzeb, krytykowano jej zachowanie.
Powieść bardzo przypadła mi do gustu. Zola w ciekawy i przekonujący sposób ukazał rozdarcie bohaterki pomiędzy miłością do dziecka a pragnieniem spotykania się z kochankiem. Namiętna miłość, jaka spada na Helenę, jest gwałtowna i niespodziewana jak wiosenna burza. Pod jej wpływem ta spokojna dotychczas kobieta zachowuje się tak, jakby straciła rozsądek. Jednak najbardziej wzruszające są te sceny, które przedstawiają Helenę czuwającą przy chorym dziecku.
Labels:
Kartka miłości,
uczestnik - koczowniczka
Donnerstag, 25. April 2013
Kartka miłości
Zacofany w lekturze miał rację - do Zoli nie należy podchodzić z
doskoku i czytać po łebkach. Ja niestety właśnie w ten sposób go
potraktowałam. Czytałam w kolejności początek - koniec - środek, w dodatku
przez jakieś 2 miesiące. Trudno w ten sposób docenić talent narracyjny
i rozkoszować się każdym zdaniem (choć talent Zoli nie pozwala tego
uniknąć).
Jest to historia nietypowego trójkąta. Helena, młoda
wdowa, zakochuje się w lekarzu swojej 11-letniej córki. To, że jest
żonaty i dzieciaty nie stanowi tu problemu. Problemem jest monstrualna
zazdrość dziecka, objawiająca się natychmiast całym zespołem chorób
psychosomatycznych, która nie tylko utrudnia rozwój tego związku, ale
także jakichkolwiek związków matki z mężczyznami. Helena początkowo
lawiruje między dwoma, w sumie biologicznymi imperatywami -
namiętnością i instynktem macierzyńskim. W końcu jednak możliwości
manewru się kończą i kobieta zaczyna się buntować... Z jakim efektem -
dowiecie się z lektury.
Tym razem Zola nie penetruje życia dołów
społecznych, a życie towarzyskie i uczuciowe warstwy mieszczańskiej.
Ponieważ nie musi w tym przypadku udzielać się społecznie, skupia się
po prostu na opisie dramatu rodzinnego. Z dobrym skutkiem.
Chętnie sięgnę po inne książki tego autora, tylko tym razem postaram się go nie upychać między innymi lekturami.
Sonntag, 14. April 2013
Kartka miłości
Helena
- młoda wdowa, matka Joasi. Jej dotychczasowe życie uczuciowe właściwie
nie istniało. Była kochaną, choć sama męża jedynie szanowała.
Po jego śmierci znalazła się w Paryżu sama z dzieckiem. Przez długi
czas miłość do Joasi wypełniała jej czas, ale uczucie to nie było w
stanie wypełnić jej życia. Bycie matką chciała pogodzić z byciem
kochanką.
Joasia
– jedenastoletnia dziewczynka cierpiąca na nieznaną chorobę psychiczną o
podłożu genetycznym ujawniającą się monstrualnymi atakami zazdrości.
Aby nie dopuścić do nawiązania przez matkę jakiejkolwiek nici sympatii,
która zagrażałaby jej poczuciu bezpieczeństwa gotowa była na wszystko.
Kiedy tylko wyczuwała zagrożenie natychmiast popadała w chorobę.
Doktor
Deberle - mąż, ojciec, powszechnie szanowany człowiek, filantrop,
niezwykle uzdolniony i dobrze sytuowany. Kiedy poznaje Helenę, ratując
jej dziecko z kolejnego ataku nieznanej choroby, ulega jej czarowi i od
tej pory owładnięty jest jedną myślą zdobycia kobiety.
Czy
Helena ulegnie namiętnościom, czy też poczucie obowiązku zwycięży? Od
początku wszystko zmierza ku dramatycznemu zakończeniu.
Z
występujących w powieści osób głębiej nakreślona została jedynie postać
matki; jej rozterki, bicie się z myślami, rodząca się namiętność
walcząca z poczuciem obowiązku, chęć wyzwolenia z niewoli, w jakiej
trzymała ją choroba córki.
W
swej warstwie fabularnej powieść mnie nieco rozczarowała. Oczekiwałam
od Zoli nieco innych tematów. Przyzwyczajona do społecznego
zaangażowania nie bardzo mogłam przestawić się na jednostkowy dramat.
Momentami postępowanie Heleny, aczkolwiek daleka jestem od potępienia,
irytowało mnie, momentami śmieszyło, a scena, w której Helena
powstrzymuje małżonkę doktora przed popełnieniem zdrady małżeńskiej wydała mi się niczym scena z taniego romansu.
Trzeba jednak przyznać, że Zola
nawet opisując mieszczański dramat opisuje go po mistrzowsku. Jestem
cały czas pod urokiem języka; barwnego, opisowego, malowniczego. Język
Zoli uwodzi mnie od jakiegoś już czas. Czasami wydaje mi się, iż nie ważne o czym pisze, bo i tak pisze pięknie. Tak jak z maestrią opisywał we Wszystko dla pań rodzaje tkanin, faktury i barwy materiałów, tak jak pięknie potrafił opisać w Brzuchu Paryża prozaiczną zdawałoby się zawartość straganów, tak w Kartce miłości
opisuje współgrający ze stanem duszy bohaterki wygląd miasta.
Impresjonistyczne opisy Paryża o poranku, skąpanego w słońcu,
zamglonego, targanego wichurami, zmoczonego strugami deszczu działały na
moją wyobraźnią i budziły okruchy wspomnień oraz tęsknotę za miastem.
Paryż
rozpościerał się szeroko, równie wielki, jak niebo ponad nim. Ozłocone
porannym słońcem miasto wydawało się łanem dojrzałych kłosów, a ta
olbrzymia panorama malowana była zadziwiającą prostotą dwiema tylko
barwami; jasnym błękitem nieba i złotym odblaskiem dachów. Ulewa
promieni wiosennego słońca nadawała wszystkiemu jakiś czas młodości.
Światło było tak czyste, że można było dostrzec wyraźnie najdrobniejsze
szczegóły. W zawiłym chaosie murów miasto mieniło się jak kryształ.
Olśniewającą nieruchomą jasność mącił chwilami nieznaczny powiew i wtedy
obraz odległych dzielnic stawał się mniej ostry, drgający lekko, jakby
oglądany przez niewidzialny płomień.
To mały fragmencik opisu miasta, który odpowiada opisowi budzących się nieśmiało i lękliwie uczuć (pierwszej miłości).
Nie polecałabym jednak na lekturę pierwszego kontaktu.
Paryż
rozpościerał się szeroko, równie wielki, jak niebo ponad nim. Ozłocone
porannym słońcem miasto wydawało się łanem dojrzałych kłosów, a ta
olbrzymia panorama malowana była zadziwiającą prostotą dwiema tylko
barwami; jasnym błękitem nieba i złotym odblaskiem dachów. Ulewa
promieni wiosennego słońca nadawała wszystkiemu jakiś czas młodości.
Światło było tak czyste, że można było dostrzec wyraźnie najdrobniejsze
szczegóły. W zawiłym chaosie murów miasto mieniło się jak kryształ.
Olśniewającą nieruchomą jasność mącił chwilami nieznaczny powiew i wtedy
obraz odległych dzielnic stawał się mniej ostry, drgający lekko, jakby
oglądany przez niewidzialny płomień. To mały fragmencik opisu miasta, który odpowiada opisowi budzących się nieśmiało i lękliwie uczuć (pierwszej miłości).
Nie polecałabym jednak na lekturę pierwszego kontaktu.
Moja ocena 4-/6
Czekałam z opublikowaniem tej mojej opinii i czekałam, bo chciałam rozpocząć od którejś z moich ulubionych książek Zoli. Jednak zgodnie z życzeniem Ani zanim wstawię takową opinię zapoznam się z książką ponownie, tak więc zaczynam od Kartki miłości, a potem mam nadzieję będą coraz bardziej entuzjastyczne opinie.
Czekałam z opublikowaniem tej mojej opinii i czekałam, bo chciałam rozpocząć od którejś z moich ulubionych książek Zoli. Jednak zgodnie z życzeniem Ani zanim wstawię takową opinię zapoznam się z książką ponownie, tak więc zaczynam od Kartki miłości, a potem mam nadzieję będą coraz bardziej entuzjastyczne opinie.
Abonnieren
Posts (Atom)



