Samstag, 1. März 2014

Opowiadania niesamowite

Na zbiór Opowiadań niesamowitych składa się pięć nowelek Zgon Oliviera Becaille, Atak na młyn, Radykał, Feta, Nantas. O ostatniej z nich pisałam tutaj
Tym, co łączy wszystkie nowelki jest dość zaskakujące zakończenie. Z perspektywy upływu czasu od lektury (jakieś pół roku) muszę przyznać, iż testu trwałości nie przeszły Radykał i Feta. Radykała nie pamiętam wcale, Fetę dość mętnie. 
Zapamiętałam natomiast i chyba na długo Zgon Oliviera Becaille, a to z powodu nietypowego sposobu prowadzenia narracji oraz osoby lektora. Zaskakującym jest to, iż dość długo nie można połapać się w stanie żywotności narratora; żyje, czy też nie, jest w stanie snu, letargu czy katatonii. 
Zakochany do szaleństwa w młodej żonie Olivier zachorował i dość nagle znalazł się w stanie krytycznym. Wezwany do pacjenta lekarz bez badania stwierdził zgon, wścibska sąsiadka udając troskliwość planuje wyswatanie młodej wdowy, zaś Olivier obserwujący zdarzenie z perspektywy łóżka tudzież drewnianej skrzyneczki przejawia całą gamę doznań; miłości do żony i obaw o jej niezabezpieczoną przyszłość, strachu, niedowierzania, żalu, gniewu na własną bezsilność i głupotę innych. Dominujący temat strachu Oliviera przed śmiercią i pochowania żywcem nadają nowelce charakter makabreski. Zakończenie jest dość zaskakujące i trochę rozczarowujące. Olivier dostaje drugą szansę, której wydaje się nie potrafi wykorzystać, trudno też powiedzieć, czy dzięki nietypowemu doświadczeniu coś zyskał. Dobry pomysł, ale chyba nie do końca wykorzystany przez autora. Lektorem nowelki jest pan Artur Barciś, który wywiązał się ze swego zadania znakomicie, imitując obawy i rozterki Oliviera w sposób niezwykle przekonywujący, sprawiając, iż dreszczyk grozy przenika czytającego na wskroś. 
Z pięciu krótkich form moim zdaniem najlepszą nowelą jest Atak na młyn. Niczym w antycznej tragedii stawia pisarz swoich bohaterów przed wyborami, z których żaden nie jest dobrym. Córka zamożnego młynarza wpada w oko młodemu imigrantowi z Belgii. Przystojny lekkoduch, nie zyskuje początkowo sympatii przyszłego teścia. Z czasem, kiedy udaje mu się zyskać jego przychylność na przeszkodzie zakochanym staje historia (wojna francusko-pruska). Wioska, w której odbywają cię zaślubiny zostaje zaatakowana przez nieprzyjaciela, a dziewczyna poddana najcięższej próbie; może uratować jedno życie; ojca lub narzeczonego. Kiedy ta nie potrafi podjąć decyzji i kiedy wszystko wydaje się być przesądzone los tasuje karty. I tak kilkakrotnie. Odbieranie nadziei na szczęśliwe zakończenie miesza się nieustannie z wiarą w happy end. Zola zdaje się mówić, iż nieznane są wyroki opatrzności (losu), a człowiek jest jedynie marionetką w rękach siły wyższej. 
Niestety, podobnie, jak w przypadku Nantasa lektorką jest pani Joanna Lissner, której egzaltowany i przejaskrawiony sposób narracji sprawia, iż słuchanie staje się dość męczące i irytujące. 
Z powstaniem Ataku na młyn, jednej z sześciu nowel (obok Baryłeczki Maupassanta, Z tornistrem na plecach Huysmansa, Upustem krwi Cearda, Burdelem pod Siódemką Hennique oraz Na pobojowisku Alexisa) składających się na zbiór Wieczory medańskie łączy się wymyślona przez Maupassanta legenda. 
Zbieraliśmy się latem u Zoli w jego posiadłości, w Medanie (..). Pewnej nocy, gdy księżyc był w pełni (...) zaczęliśmy przypominać wszystkich sławnych gawędziarzy (...) Sceptyk Ceard wymamrotał, spoglądając na księżyc: Oto piękne romantyczne tło, należałoby je wykorzystać... Opowiadając sentymentalne historyjki, dorzucił Huysmans. Lecz Zola uznał, że to dobra myśl, będziemy sobie opowiadać historie. Ubawił nas ten pomysł i ustaliliśmy, żeby rzecz utrudnić, że tło obrane przez pierwszego obowiązywać będzie pozostałych (...) Usiedliśmy i wśród głębokiego spokoju uśpionych pól, w jasnym blasku księżyca Zola opowiedział nam straszną kartę z historii katastrof wojennych, zatytułowaną Atak na młyn (..) *
Ta piękna legenda, jak pisze pani Halina Suwała w biografii autora ma niewiele wspólnego z prawdą. Pisarze podczas spotkań w Medanie i Paryżu postanowili wydać wspólnie tom nowel, który miał być manifestem "szkoły naturalistycznej". 
Osobiście wolałabym, aby legenda okazała się prawdziwą, bowiem opowiadania stworzone ad hoc, w romantycznej aurze, dla wspólnej zabawy odczytywałabym inaczej. Za najlepszą nowelę ze zbioru Wieczory medańskie uznano Baryłeczkę. 
Po przeczytaniu paru powieści Zoli stwierdzam, iż są zdecydowanie lepsze, ciekawsze i głębsze od jego nowel. 

* str. 221 Emil Zola autorstwa Haliny Suwały Wiedza Powszechna rok wydania 1968

Donnerstag, 23. Januar 2014

Kuchenne schody



„To wszystko świnie”

Dwudziestodwuletni Oktaw Mouret przybywa do Paryża z niewielkim kapitalikiem w kieszeni i z głową pełną wielkich planów. Zamierza podbić Paryż, a narzędziem do tego celu mają się stać kobiety. Wierzy, że je rozumie, zamierza roztaczać swój czar, a potem wykorzystywać kobiety, by osiągnąć sukces w handlu, który go pasjonuje

Na początku jednak niewiele wskazuje na to, by Oktawowi mogło się udać. Zamieszkuje w solidnej, mieszczańskiej kamienicy przy ulicy Neuve-Saint-Augustin, która każdym detalem świadczy o bogobojności i prawym życiu jej lokatorów:
Panował tu martwy spokój mieszczańskich salonów, gdzie nie dociera nawet najsłabszy podmuch zła. Rzekłbyś, że niezgłębionej cnoty strzegą te mahoniowe drzwi, piękne i błyszczące.
W miarę upływu dni Mouret zaczyna poznawać prawdziwą naturę tego małego światka: państwa z salonów i służby z kuchni. Nawiązuje romans z niepozorną panią Pichon, zaczyna bywać na przyjęciach, zawiera znajomość z kilkoma bywalcami i – rzecz jasna – bacznie wszystko obserwuje i słucha plotek. Stateczność i zamożność lokatorów okazują się równie fałszywe jak marmury na klatce schodowej. Wszędzie panuje ta sama atmosfera, a panie z towarzystwa prowadzą się tak samo jak ich służące. I czasem nawet nie są dużo czystsze od swoich pokojówek.

Paryska kamienica z połowy XIX wieku.
Próby nawiązania kolejnych romansów przez Moureta przeplatają się z losami rodziny Josserandów. Mimo swego ubóstwa starają się oni podtrzymywać pozory zamożności, byle tylko wydać za mąż dwie córki. Oszczędza się na jedzeniu, byle móc wydawać wtorkowe przyjęcia, suknie nicuje się przed każdym sezonem balowym, a halek nie pierze – w końcu nikt ich nie ogląda. Przytłoczony wymaganiami swej małżonki pan domu, któremu nie starcza na fanaberie, po nocach wypisuje za grosze opaski adresowe. Złapanie męża przez młodszą pannę Josserand niewiele zmienia w sytuacji rodziny. W matrymonialnych gierkach oszukują bowiem obie strony, a przykre rozczarowanie następuje po ślubie.

„Kuchenne schody” to frontalny atak na mieszczańską moralność, pełną obłudy i zakłamania, na podtrzymywanie pozorów, dbałość wyłącznie o to, by domowe brudy nie ujrzały światła dziennego. „To wszystko świnie”, ocenia swych chlebodawców jedna ze służących. Nawet ksiądz Mauduit nie różni się od swych owieczek: zawsze gładkimi pouczeniami potrafi załagodzić każdy skandal. Tylko służące wykrzykują przez kuchenne okna pełnym głosem to, o czym wszyscy wiedzą: kto z kim sypia, kto ma długi, kochankę, wstydliwą chorobę. Same zręcznie wykorzystują domową sytuację, podkradają jedzenie, przyjmują kochanków w służbowych pokoikach, demoralizują niedoświadczone dziewczyny – nie ma dla nich nic świętego. Doktor Juillerat, który doskonale zna sprawki swych pacjentów, wystawia brutalną diagnozę:
[...] kobiety: jedne to lalki błądź głupie, bądź zdeprawowane przez złe wychowanie, drugie, na skutek dziedzicznej neurozy mają zwyrodniałe skłonności i uczucia. Wszystkie puszczają się w bezsensowny, upodlający sposób, wbrew woli i bez żadnej przyjemności. Zresztą, nie okazał więcej pobłażania dla mężczyzn, tych – pod maską elegancji – drani i utracjuszów. Z pasją jakobina ogłaszał alarm dla całej mieszczańskiej klasy, rozpad i ruinę gmachu, którego zgniłe rusztowanie trzeszczy.
Dla Zoli wszyscy są równi w swej niemoralności: łajdaczą się mężczyźni i kobiety; jedni bardziej dbają o pozory, inni mniej. Część żon przymyka oczy na kochanki mężów, byle oddalić od siebie pańszczyznę małżeńskich obowiązków; inne – wobec niedołęstwa małżonków – same szukają gachów. Jednym uczciwym lokatorem w kamienicy wydaje się być stolarz, wyrzucony z mieszkania za... niemoralność, nikt bowiem nie uwierzył, że odwiedzająca go w pokoju kobieta jest jego żoną. On to podsumowuje najdobitniej atmosferę kamienicy – i szerzej – całego mieszczaństwa:
Mam po dziurki w nosie tej parszywej kamienicy! Ładne rzeczy się tu dzieją! Co za brudy! Człek nie może mieć żony u siebie, ale wyelegantowanym dziwkom na każdym piętrze wolno po kryjomu prowadzić się jak suki. Banda skurczybyków! Banda burżujów!
Oktaw Mouret z kochanką.
Sporą winę za te wszystkie zwyrodnienia zdaje się Zola przypisywać instytucji małżeństwa w ówczesnej formie, wobec której nie ma żadnych złudzeń: to cyniczny związek oparty na oszustwie, bez którego panna nie znajdzie męża, pozbawiony ciepła i zaufania. Nic zresztą dziwnego: „Ludzie nie pobierają się nigdy wedle swych upodobań... Urządzić się potem możliwie najlepiej to jeszcze najmądrzejsze”, stwierdza jednak z opisanych mężatek. O to możliwie najlepsze urządzenie dbają matki, takie jak pani Josserand, rozgrywająca matrymonialne kampanie niczym Napoleon i trzymająca swoje wojsko silną ręką niczym sierżant.

„Kuchenne schody”, jak przypuszczam, musiały wywołać skandal: nie tylko bezkompromisowym podważaniem mieszczańskiej moralności, ale i nader przejrzystymi aluzjami seksualnymi, dokładnym opisem porodu, wzmianką o dzieciobójstwie, szczegółowym przedstawieniem sposobów „łapania męża” (chociaż pewnie wszyscy je doskonale znali), soczystym językiem. Bohaterowie reprezentują raczej pewne typy potrzebne Zoli do scharakteryzowania środowiska: Oktaw – młody, ambitny, dążący do celu; Maria Pichon – bezwolna, nieciekawa kobietka; pan Josserand – zahukany pantoflarz; pani Josserand – megiera; ich córka Berta – zepsuta panna; wuj Bachelard – stary rozpustnik i pijak; ksiądz Mauduit – obłudnik; lekarz Juillerat – radykał i bezbożnik; cała gama dam: dewotka, histeryczka, chora, energiczna kupcowa; do tego służące brudne i zdemoralizowane i tak dalej. Mimo to nie ma się wrażenia papierowości postaci, każda jest odrębna, każda ma do odegrania jakąś rolę, a Zola dba o to, by nie popaść w sztampę i funduje czytelnikom sporo zwrotów akcji. Oszczędnie dawkowane są opisy, daleko tu jeszcze do orgii detali cechującej „Wszystko dla pań”; dowiadujemy się jednak dość o wnętrzach, toaletach, posiłkach, sklepach, salonach i służbówkach.

Na przykładzie kamienicy przy Neuve-Saint-Augustin pokazana jest cała sfera mieszczańska, wszędzie bowiem jest tak samo i bez względu na to, jakie burze przetoczą się przez salony i kuchnie, nic się nie zmieni. Trzeszczący gmach mieszczaństwa miał się bowiem jeszcze przez jakiś czas opierać wichrom.



Emil Zola, Kuchenne schody, tłum. Nina Gubrynowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1959 [Rougon-Macquartowie, tom 10].

Mittwoch, 7. August 2013

Rzym


Rzym druga część cyklu Trzy miasta wydany został w 1895 r. Każda z części stanowi odrębną całość, można zatem poprzestać na przeczytaniu jednej części, choć oczywiście najlepiej byłoby przeczytać je wszystkie i to w kolejności, w jakiej zostały napisane (Lourdes, Rzym, Paryż), to bowiem pozwala poznać motywy zachowań głównego bohatera oraz poglądy jej autora w kwestii religii katolickiej i działania całej biurokratycznej machiny hierarchii kościelnej. Główny bohater to ksiądz Piotr Fromet, duchowny bez powołania, człowiek szlachetny i dobry, a jednocześnie człowiek poszukujący sensu życia (drogi duchowej). Jako dziecko wychowywany był przez reprezentujących odmienne światopoglądy rodziców; naukowca i pobożną katoliczkę (a nawet bigotkę). Matka w geście przebłagania Boga za grzechy męża, którego religią była nauka oddała młodzieńca do duchownej posługi. W części pierwszej trylogii - Lourdes Piotr podróżował z pielgrzymką do miejsca objawień Bernadety. Ponieważ poszukiwania zamiast spokoju duszy i ukojenia, przyniosły jedynie rozczarowanie oraz gorycz Piotr szuka celu/sensu czy może odkupienia poprzez miłosierdzie. Mimo kryzysu wiary (a właściwie mimo braku wiary) tkwi w stanie kapłańskim, chyba jedynie ze względu na życzenie i pamięć matki. Dochodzi do wniosku, iż jedyną drogą ratunku dla chrześcijaństwa pogrążonego w kryzysie wartości będzie powrót do korzeni, czyli do nauki Chrystusa. Pisze więc książkę Nowy Rzym, w której przypomina nauki głoszone przez Zbawiciela, a także przez papieża Leona XIII w czasach, kiedy jeszcze był zwykłym duchownym. Przedstawia też propozycję reform kościoła katolickiego. Niewielka i wydawać by się mogło mało znana/ znacząca książeczka wpisana zostaje na indeks ksiąg zakazanych (podobnie, jak książka Zoli, czy dzieła dla przykładu Kopernika, Galileusza, Woltera). Ksiądz Piotr w swej naiwności i prostoduszności udaje się do Rzymu, aby tutaj bronić zawartych w książce idei przed kościelną inkwizycją. Kiedy zawodzą już wszystkie sposoby, a spotkania z kościelnymi dostojnikami nie przynoszą efektów, pozostaje ostatnia deska ratunku - wizyta u Ojca Świętego, który jako człowiek z natury dobry i sprawiedliwy nie może nie zrozumieć pobudek księdza Piotra - tak myśli nasz bohater. Ma on przecież jak najlepsze intencje. Niestety Piotr nie rozumie, iż papież (Leon XIII) jest jedynie urzędnikiem, który bronić będzie istniejącego status quo za wszelką cenę. Papież docenia wartość książki, ale uznaje ją za niebezpieczną dla wiernych. Jakże mógłby się zgodzić na zmianę istniejącego status quo, wszak byłoby to przyznaniem, iż kościół wypaczył nauki głoszone przez Chrystusa; nauki miłosierdzia, ubóstwa, cnotliwego życia. Jak może żądać reform osoba uzależniona od finansowego wsparcia osób, które zadowolone są z istniejącego stanu rzeczy.
To świętokradztwo, bezbożność, bluźnierstwo. Jest tylko jedna religia, nasza święta religia katolicka, apostolska i rzymska. Poza nią są tylko ciemności i potępienie... Rozumiem, że masz na myśli powrót do pierwotnego chrześcijaństwa; ale schizma protestancka, tak karygodna, tak zgubna, też powstała pod tym pretekstem. Gdy tylko oddalamy się od ścisłego przestrzegania dogmatów, od bezwzględnego poszanowania tradycji, wpadamy w straszliwą otchłań... Ach, schizma, schizma, mój synu, to niewybaczalna zbrodnia, morderstwo prawdziwego Boga, bestia nieczystej pokusy, pobudzona przez piekło dla zatraty wiernych. Gdyby w twojej książce były tylko te dwa słowa: „Nowa religia", należałoby ją zniszczyć, spalić, jak śmiertelne niebezpieczeństwo dla dusz.
Utrzymywanie najbiedniejszych wyznawców Chrystusa w przekonaniu, iż istniejący porządek społeczny jest wolą Boga, a sprawiedliwości mogą oczekiwać jedynie po śmierci stanowi wygodną argumentację dla książąt kościoła. Odniosłam wrażenie (być może mylne), iż Papież dostrzegł w Piotrze to, czego nie dostrzegli inni duchowni (bo być może nie widzieli w tym zagrożenia/problemu), a mianowicie brak wiary.
Piotr wyjeżdża z Rzymu pokonany, wraca z przeświadczeniem, iż jedynym rozwiązaniem dla ludzkości jest nowa „świecka religia”.
Powieść jest doskonałym obrazem życia urzędników hierarchii duchownej; urzędników, gdyż trudno nazwać wyznawcami Chrystusa osoby zainteresowane jedynie tym, co dziś nazwalibyśmy „ścieżką rozwoju kariery”. Myślę, że temat nie stracił na aktualności, choć mam nadzieję, że sytuacja przedstawia się choć troszkę lepiej.
Piotr uświadomił sobie, jakim był głupcem marząc o papieżu władającym tylko światem ducha. Rojenia jego wydały mu się tak różne od rzeczywistości, tak niewłaściwe, że ogarnął go wstyd pomieszany z rozpaczą. Papież ewangeliczny, sprawujący rządy jedynie nad ludzkimi duszami — było to pojęcie zupełnie obce dla prałata rzymskiego. Na wspomnienie dworu papieskiego, skostniałego w rytualnych przepisach, zakrzepłego w pysze i żądzy władzy, zdał sobie sprawę, że taka myśl musiała przejmować przerażeniem i budzić fizyczną wprost odrazę. Jakże dziwaczny i godny pogardy był w oczach rzymskiego duchowieństwa ten twór północnej wyobraźni, papież bez ziemi i poddanych, bez zbrojnego orszaku i dworzan, jedynie duch, jedynie autorytet moralny, rządzący światem tylko dobrocią i miłością. To rzymskie duchowieństwo, wielbiące światło i przepych, pobożne, ale także pełne przesądów, zostawiało Boga ukrytego głęboko w tabernakulum, aby sprawować rządy w jego imieniu z największym pożytkiem dla nieba, chytre jak zwykli politycy, uprawiające krętactwa pośród rozpętanych apetytów ludzkich, zdążając cichym krokiem dyplomatów do definitywnego zwycięstwa Chrystusa na ziemi, który w osobie papieża miał zawładnąć pewnego dnia wszystkimi narodami świata. Jakże zdumiałby się prałat francuski, kardynał Bergerot, ten święty biskup pełen wyrzeczenia się i miłosierdzia, gdyby znalazł się w świecie watykańskim. Ileż trudu kosztowałoby go zrozumienie tych stosunków, jakże cierpiałby nie mogąc znaleźć wspólnego języka z tymi ludźmi bez ojczyzny, z tymi kosmopolitami wiecznie schylonymi nad mapą dwóch półkul, pogrążonymi w kombinacjach mających im zapewnić panowanie nad światem!
W „Rzymie” moim zdaniem mniej jest Zoli naturalisty, choć i tu nie zabrakło kilku niezłych opisów życia nędzarzy, to jednak po pierwsze nie dorównują one, ani tym z części pierwszej, ani tym z części trzeciej (nie mówiąc już o Germinalu), po drugie autor skupia się raczej na opisie domostw i pałaców rzymskiej arystokracji, zarówno świeckiej, jak i duchownej. I choć niektóre z tych domostw wymagałyby odnowy, to bardziej przydałaby się odnowa moralna, niż fizyczna. Mamy więc opisy spotkań, bali, uczt, knowań, zawiązywania sojuszy i ubijania interesów, a jednym z wiodących wątków powieści jest kwestia unieważnienia małżeństwa przez papieża. Poznajemy zatem tajniki i sposoby, jakimi „załatwia” się rozwiązanie świętego i nierozerwalnego węzła małżeńskiego. Wydaje mi się, iż w zamyśle autora wątek ten miał służyć zdyskredytowaniu katolicyzmu, jako religii przeciwnej naturze. Jest to jednak w mojej ocenie wątek dość dziwaczny, zwłaszcza jego finał wydaje mi się „niesmaczny” (oddanie się ukochanemu po jego śmierci). W powieści Rzym więcej jest Zoli filozofa, niż Zoli społecznika, co moim zdaniem nie wychodzi książce na dobre. Nie można autorowi odmówić bystrości obserwacji, trafności spostrzeżeń, wnikliwości analiz, nieco gorzej z portretami psychologicznymi bohaterów.
Nie wiem, czy to przesyt tematem, czy też odczytanie utworu, jako troszeczkę nazbyt nachalnego przekonywania czytelnika do poglądów autora spowodowały, iż z całego cyklu Trzy miasta – Rzym czytało mi się najciężej. W Rzymie obraz kościoła katolickiego jest zdecydowanie negatywny, a krytyka poczynań jego urzędników narasta wraz z kolejnymi rozczarowaniami księdza Piotra, wraz z odkrywaniem zakłamania, obłudy i fałszu, jakie reprezentują osoby należące do najwyższej hierarchii kościelnej. Przedstawiony przez pisarza obraz tego wycinka społeczeństwa (zresztą wcale nie lepiej prezentują się tutaj przedstawiciele arystokracji świeckiej) przedstawia się niezwykle realistycznie (i niestety znajomo), ale nie przekonuje mnie takie nazwałabym to trochę „na siłę” przekonywanie do własnych racji (jakiekolwiek by one nie były). I nie ma to nic wspólnego z moim światopoglądem.
Oczywiście, nie umieściłabym książki na indeksie, tak tej, jak żadnej innej, gdyż uważam, że człowiek ma prawo do wolności poglądów i przekonań, a na to dał mu Stwórca rozum, aby dokonywał wyboru, a takie zakazywanie czytania powoduje jedynie ciekawość i wzrost popularności „zakazanego owocu”.
Cieszę się, że przeczytałam Rzym, bo bez tego czułabym niedosyt. Jako osobę zakochaną w Rzymie rozczarowały mnie opisy miasta, poza panoramą Rzymu, jaka jawi się Piotrowi zaraz po przyjeździe do miasta mam wrażenie, że Zola Rzymu nie czuje i podobnie, jak nie darzy sympatią jego mieszkańców, tak i nie darzy cieplejszymi uczuciami miasta. Jedyny ciekawszy opis dotyczy kaplicy Sykstyńskiej.
Bogatsza w doświadczenia z lektury Trzech miast najwyżej oceniłam Lourdes.
Moja ocena 3,5/6

Dienstag, 4. Juni 2013

Lourdes Emil Zola


Emil Zola, "Lourdes", tłum. Eligia Bąkowska, PIW, 1962. 

Pierwsza część trylogii o trzech miastach jest początkiem drogi księdza Piotra Fromet poszukującego drogi do odnalezienia wiary. A gdzie jej szukać najlepiej, jak nie w miejscu objawienia Matki Boskiej, w miejscu uświęconym wiarą tysięcy pielgrzymów oraz cudownymi ozdrowieniami. Zola przed napisaniem powieści odbył pielgrzymkę do Lourdes pragnąc zrozumieć mechanizm rządzący religijnym fanatyzmem „wiernych”. Biorę to słowo w cudzysłów, bowiem bohaterowie powieści, poza nielicznymi wyjątkami, jak Maria czy proboszcz Peyramale, są raczej fanatycznym zbiorowiskiem ludzi, którzy przybyli dobić targu z Maryją (ja coś Tobie, Ty coś mnie).

Oczami księdza Piotra (kapłana bez wiary) obserwujemy uczestników pielgrzymki i ich opiekunów i poznajemy ich ukryte pragnienia. Biały pociąg wiezie tych, którym medycyna odmówiła szansy na uzdrowienie. Zapełniają go chorzy na raka, gruźlicy, suchotnicy, paralitycy, chorzy na choroby skórne a także cierpiący na schorzenia o podłożu neurologiczno-psychologicznym. Piotr towarzyszy przyjaciółce z dzieciństwa sparaliżowanej Marii Guersaint, która jedzie w intencji uzdrowienia obojga, zdając sobie sprawę z wielkiej tajemnicy księdza, jaką jest jego brak wiary. Sceptycznie nastawiony ksiądz Piotr nie chcąc martwić swojej przyjaciółki nie dzieli się z nią obawami o bezcelowości podróży i przekonaniami, iż cudów nie ma. Jednakże, zasięgnąwszy opinii kilku lekarzy zdaje sobie sprawę z tego, że silny bodziec psychiczny może dziewczynę uleczyć. Pragnie tego głęboko nie tylko ze względu na Marię, ale także upatrując w tym szansę na „uleczenie” własnej zbolałej duszy targanej pomiędzy chęcią uwierzenia, a niemożnością uwierzenia. Z jednej strony nie wierzy, ale z drugiej chce uwierzyć, z jednej strony zakłada, że jeśli się zdarzy to, czego pragnie dla Marii, będzie to miało naukowe uzasadnienie, a z drugiej liczy na to, że może coś drgnie w jego sceptycznym i racjonalnym podejściu do kwestii wiary. Czy cud się zdarzy, a jeśli tak, to, co będzie jego podłożem, głęboka wiara, wstrząs psychiczny czy też przypadek?

Przy okazji pielgrzymki obserwujemy zjawisko religijnego fanatyzmu, zakłamania pątników oraz możliwości, jakie daje miejsce święte przedsiębiorczym ojcom kościoła oraz mieszkańcom miasteczka. Autor opisuje, jak pozbyto się z Lourdes Bernadetty, której ukazała się Matka Boska i proboszcza-pierwszego opiekuna Lourdes. Opisuje walki, jakie rozgrywały się pomiędzy mieszkańcami, a kościołem o podział „łupów”.

… nowe Lourdes: woźnice, sprzedawcy świec, kobiety oferujące pokoje do wynajęcia, zaczepiające klientów przed dworcem, moc umeblowanych domów z dyskretnymi pokojami, tłum korzystających z zupełnej swobody księży, targane namiętnością panie pielęgniarki i zwyczajni przechodnie pragnący zaspokoić swoje apetyty. Widział też żądzę zarobku rozpętaną przez deszcz milionów, całe miasto w pogoni za zyskiem, sklepy, które zmieniały ulice w bazary i zjadały się wzajemnie, hotele, które obdzierały pielgrzymów, nie wyłączając Błękitnych Sióstr, utrzymujących restaurację, i ojców z Groty, zbijających fortunę na Bogu. Jakże smutna i straszna jest wizja niewinnej Bernadety, która roznamiętnia tłumy, każe im gonić za mirażem szczęścia, kieruje ku nim rzekę złota i doprowadza wszystko do zgnilizny! Wystarczyło, aby wionęło tędy przesądem, aby ludzie się zbiegli, aby przypłynął pieniądz, a ten uczciwy zakątek ziemi zdemoralizował się...

Jest w założeniu Zoli troszkę niekonsekwencji. Bo z jednej strony przekonuje on, iż cudów nie ma, a każde uzdrowienie da się racjonalnie uzasadnić, z drugiej strony opisuje niewytłumaczalne przypadki uzdrowień, a jego bohater "modli" się o cud uzdrowienia, tak jakby rozum mówił mu co innego, a serce co innego. 
Krytycy przypisują Zoli jednostronne spojrzenie na zjawisko, jakim jest Lourdes, stawianie po jednej stronie naiwnej wiary, zabobonu litości, nieszczęścia, złudzenia symbolizowanego przez Marię Guersaint, po drugiej rozumu, nauki i umiłowania prawdy, których rzecznikiem jest ks. Piotr. Nie mogę zgodzić się z taką oceną powieści. Bowiem poza słowami potępienia dla ludzkiej zachłanności, głupoty i fanatyzmu Zola przedstawia także piękno i radość przeżyć, jakie daje ludziom wiara i nadzieja, potęgę wiary (chociażby w możliwość wyzdrowienia) a także, choć, nie na pierwszym planie, ale w tle, cichą rzeszę ludzi bezinteresownie pomagających potrzebującym; pielęgniarzy i wolontariuszy. A to, że jest ich zdecydowanie mniej niż tych, którzy zwietrzyli tu szansę na bogactwo i rozgłos odzwierciedla jedynie smutną prawdę o ludzkich ułomnościach. 

Oczywiście można się nie zgadzać z Zolą w kwestii jego światopoglądu czy wyznawanych wartości, ale nie można mu odmówić, iż opisał zarówno organizację ruchu pielgrzymkowego, jak i materialistyczne nastawienie części kleru w sposób niezwykle celny i realistyczny. Nie dostrzegam w książce ataku na wiarę, ale krytyczne spojrzenie na fanatyzm religijny i ludzką obłudę.

Nic dziwnego, iż taki punkt widzenia spowodował umieszczenie zarówno powieści, jak i autora na indeksie ksiąg zakazanych.

Powieść jest też kolejnym przykładem powieści naturalistycznej, czego najlepszym przykładem jest opis „uzdrawiającej kąpieli” w wodzie, w której pływają kawałki bandaży, płaty skóry, krwi, ropy, fragmenty ludzkich ciał, w której zanurzano dziesiątki chorych z otartymi ranami, wrzodami, chorobami skóry, a także nieboszczyka. Opis wywołuje dreszcz obrzydzenia i niesmak. 

Zola napisał powieść po odbyciu dwóch pielgrzymek do Lourdes oraz przeprowadzeniu szeregu rozmów z księżmi, organizatorami pielgrzymek i z lekarzami, zapoznaniu się z historią Bernadety i proboszcza Peyramale, o czym szczegółowo pisze Halina Suwała w biografii Emil Zola. 

Po książkę sięgnęłam dzięki wpisowi u koczowniczki.

A moja ocena książki jest tożsama z jej oceną 5/6

Nigdy nie byłam w Lourdes, nie umiem opisać, jak dzisiaj wygląda tak ważne dla milionów katolików miejsce kultu. Zapraszam natomiast na blog Łucji-Marii, która pisze o swojej pielgrzymce do Lourdes  tu 
Parę refleksji na temat Lourdes snuje też nutta (klik

Sonntag, 26. Mai 2013

"Zdobycz"




Zdobyczy Zola opisuje losy Aristide'a, jednego z synów Pierre'a, który w pierwszym tomie cyklu odgrywał tylko poboczną, niezbyt fortunną rolę. Podczas przewrotu zachował się wbrew rodzicom, bez szczególnego zamiaru, zbyt późno zorientował się bowiem, który kierunek ma szansę zwycięstwa. Aristide opuszcza prowincjonalne Plassans i wyjeżdża do Paryża, gdzie liczy na pomoc brata - Eugène - który objął stanowisko ministra. 
Pomoc brata ogranicza się jednak tylko do zapewnienia mu stanowiska w urzędzie ds budowlanych, nieoceniona pomoc nadchodzi jednak z zupełnie innej strony. W najlepszym możliwym momencie umiera żona Aristide'a i pojawia się jego siostra - Sidonie - która swata go z młodą panną z dobrego domu. Renée powróciła z pensji w ciąży, którą należy zataić - uposażona w dobrym posag wychodzi więc za Aristide'a, który przyjmuje ciążę na swój rachunek. Wszystko układa się po jego myśli - młoda żona traci ciążę, a ogromny posag pozwala mu na rozpoczęcie piramidalnie skomplikowanych spekulacji, wykorzystując zaplanowaną na wielką skalę przebudowę Paryża za panowania Napoleona III. Machlojki Aristide'a są tak skomplikowane, że sam traci kontrolę nad ilością swoich pieniędzy, jedno jest jednak pewne - jest ich tak wiele, że zarówno on, jego żona, jak i syn z pierwszego małżeństwa - Maxime prowadzą życie iście królewskie. 

Renée interesuje się tylko bankietami, nowymi kreacjami, plotkami, a jej jedynym celem w życiu jest rozkosz i przyjemność. Pod okiem zajętego męża wciąga pasierba w zakazany romans. 

Powieść Zoli to swoisty dokument Paryża z połowy XiX wieku - dekadenckie społeczeństwo, upadek obyczajów oraz spekulacje na koszt państwa dominują w najwyższych sferach. Trudno zapałać sympatią do choćby jednego bohatera - moralne zepsucie i perfidia wręcz odrzucają od nich.
Drobiazgowe opisy pomieszczeń, ulic, strojów dopełniają obrazu ówczesnego społeczeństwa.

Dienstag, 7. Mai 2013

Germinal - audiobook (drugie spotkanie z powieścią)


Prawdę powiedziawszy, gdyby nie wyzwanie, chyba nic nie byłoby w stanie sprawić, abym po półtora roku sięgnęła po książkę po raz drugi. Owszem, często czytam książki kilkukrotnie, zdarzało się nawet, że czytałam jakąś książkę przynajmniej raz na rok, ale Germinal, aczkolwiek oceniony po pierwszy czytaniu bardzo wysoko (5,5 /6) nie należy, do tego typu książek, po które sięga się z taką częstotliwością.
Już sam temat wydaje się mało pasjonujący; ciężka dola wyzyskiwanego górnika, nędza, choroby, strajk, umieranie. A kiedy jeszcze dodać do tego naturalistyczny sposób pisania, który nie pomija żadnego najbardziej wstydliwego, odrażającego czy fizjologicznego aspektu życia to dziwnym wydaje się, iż można dobrowolnie zabrać się za lekturę w tak krótkim czasie od jej ukończenia.
Germinal jest jak sekcja zwłok cuchnącego, ohydnego robaka, ale nie jest to sekcja zwłok przeprowadzona dla samej tylko ciekawości. Zola bystry obserwator życia społecznego w kolejnym tomie cyklu Rodzina Rougnon-Macquart, opisuje losy mieszkańców górniczej osady, aby na ich przykładzie zanalizować bolączki ówczesnej sytuacji społeczno-politycznej na prowincji.
Jest koniec XIX wieku. Do małego górniczego miasteczka Montsou przybywa bezrobotny maszynista Stefan. Jest on młody, silny i krewki. Przypadek sprawia, iż zostaje zatrudniony w kopalni. Radość jest jednak krótkotrwała. W miarę poznawania warunków pracy i płacy Stefan przeżywa coraz większe rozczarowanie nie tylko pracą, ale także sobą i swoimi towarzyszami niedoli.

Zola nie po raz pierwszy opisuje dwa kontrastujące ze sobą światy. Z jednej strony żyjący w nędzy górnicy; pracujący ponad siły pod ziemią od świtu do zmierzchu, narażeni na niebezpieczeństwo zawałów i tąpnięć, choroby, na przemian lodowate zimno oraz gorąco nie do wytrzymania, niedożywieni (anemiczni) w zamian za wynagrodzenie, które nie pozwala im „ani żyć, ani zdechnąć z głodu”. Pracują wszyscy od kilkuletnich dzieci do starców zmęczonych życiem. Mimo tego życie mieszkańców osady jest wegetacją; pobudka w środku nocy, ciężka ponad siły praca, ciągły głód, spotkania w knajpie przy kieliszku i seks. Tam, gdzie jest bieda, tam rodzi się dużo dzieci, a wiek rozpoczęcia inicjacji seksualnej jest coraz niższy. Wielopokoleniowe rodziny żyją często w jednej izbie, gdzie o intymności nie może być mowy. Każdy członek rodziny ma swoje zadania do spełnienia. Życie tutaj jest bezwzględne w swym okrucieństwie. Nikt nie rozczula się nad chorobą, czy kalectwem, nie pracujesz, to nie jesz. Kiedy dziecko umiera trudno powiedzieć, czy matka rozpacza, czy raczej cieszy się, iż odpada jej jedna gęba do wykarmienia. Najważniejszy w rodzinie jest ten, kto zarabia najwięcej, to jemu przypada w udziale kawałek mięsa w zupie i większa porcja chleba do pracy. Zupa z brukwi, wczorajszy ziemniak, zjełczałe masło i cegiełka (kanapka z chleba na dwanaście godzin pracy) to codzienne pożywienie górników i ich rodzin. Kimś ważnym w rodzinie jest dziadek, ale tylko tak długo, jak istnieje nadzieja, że otrzyma emeryturę. Kobiety są własnością mężczyzn, bo one nie zarabiają (często schorowane zmuszone do pozostania w domu albo karmiące kolejne z gromadki dzieci) lub zarabiają dużo mniej. Sprzedawanie się kobiet nie jest tutaj niczym nagannym i często dzieje się za przyzwoleniem mężów bądź rodziców. Sprzeciw budzi dopiero odejście syna czy córki z domu, bo odpada część dochodów.

Z drugiej strony znajdują się pracodawcy - przedstawiciele świata, w którym rządzi pieniądz. Żyją w dostatku i luksusach; na dworach obfitujących we wszelkiego rodzaju dobra, a ich głównym zajęciem są przyjęcia, na których stoły uginają się od jadła (bażanty, trufle, kuropatwy). Choć środowisko pracodawców, akcjonariuszy i kierowników kopalń jest zróżnicowane. Deneulin, właściciel kopalni, jest człowiekiem kompetentnym i pracowitym, cieszy się pewnego rodzaju szacunkiem robotników. Dyrektor Hennebeau to człowiek dążący bezwzględnie do celu; traktuje robotników, jako jedno z narzędzi pracy, które ma mu przynosić zyski. Rodzina Gregoire to zamknięci we własnym świecie ludzie żyjący z tego, co odziedziczyli, żal im nędzy robotników, uważają jednak, iż sami są sobie winni. Ich oderwanie od świata, ich zachowanie, ich bezdenna głupota denerwują chyba jeszcze bardziej niż zachłanność Hannebeau.

W powieście jest wiele scen, które zapadają w pamięć, wiele scen, które wyciskają łzy, wiele też takich, które budzą wstręt.
Powieść pozbawiona jest upiększeń, jest naturalistyczna, momentami szokująca. Opis pastwienia się nad zwłokami sklepikarza napawa obrzydzeniem. Bohaterowie budzą współczucie, ale też grozę i przerażenie. Można współczuć górnikom, a jednocześnie ich postawy, ich filozofia życiowa, ich okrucieństwo sprawiają, że stają się oni dla nas odpychający. Ale z drugiej strony, czy tak podłe warunki egzystencji nie stanowią usprawiedliwienia dla ich działań.
Książka w mistrzowski sposób ukazuje, do czego może doprowadzić człowieka skrajna nędza, głód i brak świadomości (wykształcenia).
Mimo naturalistycznej brzydoty ludzkich zachowań i posępnego klimatu niesie ona jakieś optymistyczne przesłanie.
Kiedy w ostatnich scenach powieści Stefan wyjeżdża do Paryża, aby kontynuować walkę widzi przemianę, jaka dokonała się w uległych dotychczas górnikach i ma pewność, że ten stan rzeczy nie może trwać dłużej. A kiedy słyszy odgłos kilofów spod budzącej się do życia ziemi to wie, że
To rośli ludzie, czarna armia mścicieli, która kiełkując powoli w bruzdach, dojrzewała, aby wydać plon w przyszłym stuleciu i której pędy rozsadzą niebawem skorupę ziemi.

Sam Zola pisał o powieści 4.04.1885 r. w odpowiedzi na recenzję w Le Figaro:

Pragnąłem jednego tylko – pokazać tych nędzarzy takimi, jakimi zrobiło ich nasze społeczeństwo i obudzić taką litość, podnieść taki krzyk o sprawiedliwość, żeby Francja przestała wreszcie dać się pożerać ambicjom garstki polityków i zajęła się zdrowiem i dobrobytem swych dzieci.

A parę miesięcy później w grudniu 1885 r.:

Germinal nie jest dziełem rewolucyjnym, ale dziełem litości. Chciałem zawołać do szczęśliwych tego świata, do tych, którzy są panami; miejcie się na baczności, spójrzcie pod ziemię, zobaczcie tych nędzarzy, którzy pracują i cierpią. Jest może jeszcze czas, aby uniknąć ostatecznych katastrof. Ale nie zwlekajcie ze sprawiedliwością, spieszcie się, bo inaczej, patrzcie, oto niebezpieczeństwo; ziemia otworzy się i pochłonie narody w jednym z najstraszliwszych kataklizmów historii.

Germinal to powieść wielopłaszczyznowa. Dla mnie to też książka o upadku idei, o samotności przywódców, a także o ludzkich charakterach, które ulegają wypaczeniom nie tylko w obliczu klęski, ale również, a może przede wszystkim w obliczu społecznego awansu (Chaval, Stefan).

Nawet ideologiczne rozważania prezentowane przez Stefana (o poglądach socjalistycznych), Rasseneura - właściciela szynku (posybilistę), Plucharda – funkcjonariusza międzynarodówki czy anarchistę Suwarina są dla mnie strawne (vide moja awersja do polityki), dzięki zastosowanej metodzie dialogu, która pozwala na przedstawienie różnych punktów widzenia, bez konieczności opowiadania się za żadnym z nich.

Dopiero po lekturze książki Emil Zola pióra Haliny Suwała zwróciłam uwagę na aspekt, dziedziczności, który przecież był niejako spiritus movens powstania całego cyklu. Stefan Lantier to syn Gerwazyny z powieści W matni, (o której pisał ZWL), zdeterminowany genami zdegenerowanych przodków, obciążony dziedzicznie skłonnością do zbrodni. Stefan cały czas żyje w obawie przed popełnieniem zbrodni, jednak dziedzictwo przodków w połączeniu z warunkami zewnętrznymi prowadzą do nieuniknionego.

Wysłuchany przez mnie audiobook jest wersją powieści w tłumaczeniu pani Krystyny Dolatowskiej czytaną przez pana Ryszarda Nadrowskiego. Miałam pewne obawy przed tym lektorem, gdyż pamiętam parę utworów w jego wykonaniu. Wydawały mi się czytane beznamiętnie. Tymczasem w przypadku Germinal jestem pod wrażeniem. Świetna dykcja, intonacja głosu i wykonanie, które uwypukla wszystkie zalety dzieła.

Po drugim czytaniu moja ocena uległa podwyższeniu – 6/6
Usuń

Samstag, 4. Mai 2013

"Pochodzenie rodziny Rougon-Macquartów"



Tak jak od dawna planowałam, moją kolejną przygodę z Zolą rozpoczęłam od pierwszego tomu cyklu o rodzinie Rougon-Macquart. 
Akcja powieści koncentruje się wokół Pierre'a Rougon, najstarszego syna Adélaide Fouqe. Po śmierci pierwszego męża, Adélaide związuje się z szmuglerem Macquart'em, któremu rodzi córkę Ursulę oraz syna Antoine. Pierre nie akceptuje przyrodniego rodzeństwa i jeszcze za życia matki sprytnie oszukuje ich, by zagarnąć spadek, dzięki któremu udaje mu się złapać dobrą partię, w postaci mieszczańskiej córki Félicité. Oboje marzą o wspięciu się po drabinie społecznej i awansie do elit Plassans. 
Niestety pieniądze nie przynoszą im szczęścia - mimo usilnych prób ciągle tracą majątek, również kształcąc w Paryżu trzech synów. 

Pierre korzysta jednak z sytuacji politycznej we Francji i próbuje tą drogą podwyższyć pozycję rodziny oraz pomnożyć majątek. Zamach stanu w Paryżu wywołuje zamieszki w całym kraju, także w Plassans  następuje mobilizacja republikanów. Jednym z nich jest młodziutki Silvère Macquart, syn przyrodniej siostry Pierre'a, która młodo zmarła. Silvère wychowuje się u babki Adélaide, która zmaga się ze starością, chorobą psychiczną i zapomnieniem. Obecność wnuka podnosi ją na duchu, a także chłopak znajduje u niej ciepło i dom. Ze swoją ukochaną, młodziutką Miette dołącza do powstańców, nie spodziewając się tragicznego zakończenia.

Jednak nie czytałam powyższego wydania - drobno zadrukowane strony skutecznie mnie odstraszyły i wolałam jednak poznać pierwszy tom cyklu na kindle. Przyznać muszę, że niezbyt skutecznie zachęcił mnie do dalszej lektury. O ile podobała mi się historia Silvère i Miette oraz ciekawiły perypetie rodziny Adélaide, to wątek polityczny nudził niemiłosiernie. Nieszczególnie interesowało mnie kto z kim i przeciwko komu walczy, wolałam czytać o rodzinnych powiązaniach i konfliktach. 

Oczywiście nie zakończę tutaj mojej przygody z Zolą, skoro postanowiłam przeczytać wszystkie tomy, tak zrobię, świadoma, że nie wszystkie z nich trafią w mój gust.